Jeden zły moment i klient znika. Jak kolejki do ładowarek mogą zatrzymać rewolucję elektromobilności. To wbrew pozorom bardzo poważny problem.
Pamiętam rozmowę z jednym z kierowców samochodu elektrycznego jakiś czas temu. Nie narzekał na zasięg. Nie narzekał na cenę samochodu. Nie narzekał nawet na czas ładowania.
Narzekał na coś zupełnie innego.
Na stanie… w kolejce!
„Samochodem elektrycznym jeździ się świetnie. Ale jeśli mam po całym dniu jazdy jeszcze czekać pół godziny, aż ktoś zwolni ładowarkę, to zaczynam się zastanawiać, czy to wszystko ma sens”.
I właśnie w tym jednym zdaniu ukryty jest jeden z największych problemów, przed którym stoi dziś elektromobilność.
Bo samochody elektryczne coraz częściej przestają być problemem. Baterie mają większą pojemność. Ładowanie jest coraz szybsze. Infrastruktura rośnie. Auta potrafią przejechać setki kilometrów na jednym ładowaniu.
Ale człowiek nadal pozostaje człowiekiem.
A człowiek nie lubi czekać!
Zwłaszcza wtedy, kiedy kupił samochód za kilkaset tysięcy złotych i miał obiecane, że przyszłość będzie wygodniejsza.
Prosty przykład z mojego podwórka. Trasa – po drodze w planie ładowanie na MOP Paszczyna. Niby nic specjalnego. Ładowarka zaledwie 100 kW😉, ale miało być szybko i wygodnie, podczas ładowania toaleta, może jakiś żurek na Orlenie (mają całkiem niezły, choć czasami im się sypnie za dużo soli😉)
Sprawdzam w apce – wolne, nikt się nie ładuje. Za 5 minut skręcam w prawo, zjeżdżam na MOP i widzę, jak jakiś gość podpina swoje wielkie Audi E-Tron. No i lipa… 40 minut czekania, i „wiszenia” na Type2, które za wiele nie daje.
Potem kolejne 40 minut ładowania. I tak oto z miłego i szybkiego dnia jazdy, zrobił się wkurzający i długi dzień jazdy. Tylko przez ten jeden fakt. Jedna stacja ładowania i pech chciał, że gość miał prawie pustą baterię.
Półtorej godziny zmarnowane i nie wynagrodziłby tego nawet najlepszy żurek na świecie (Nie mówię o tym, który sprzedają na Orlenie – nie jest zdecydowanie najlepszy na świecie, choć całkiem niezły).
Przez lata największą barierą elektromobilności był zasięg. To on dominował w rozmowach przy zakupie pierwszego elektryka.
„A ile przejedzie?”
„A co zimą?”
„A czy dojadę nad morze?”
Dzisiaj te pytania coraz częściej ustępują innym.
„Czy będzie gdzie się naładować?”
„Czy ładowarka będzie wolna?”
„Czy nie stracę godziny w kolejce?”
To bardzo ważna zmiana psychologiczna.
Rynek dojrzewa.
Kiedyś kierowca elektryka bał się, że nie dojedzie. Dzisiaj coraz częściej boi się, że dojedzie… ale będzie musiał czekać. A cała podróż która miała trwać 4 godziny będzie trwała o godzinę lub dwie dłużej. W zależności od tego, na jak dużą kolejkę trafi. A te potrafią być spore, jak ta którą widziałem ostatnio w Czechach. 8 aut czekających w kolejce, mimo że SuC Tesli miał aż 20 stanowisk. I to w środku dnia…
Problem kolejek do ładowarek jest trochę jak korek na autostradzie.
Nikt nie narzeka na samą drogę. Narzekamy na moment, kiedy wszystko staje. A my musimy czekać.
Możesz mieć świetny samochód, ogromną baterię, wygodny fotel i najlepszą nawigację. Ale jeśli po 500 kilometrach podróży trafiasz na stację, gdzie sześć samochodów czeka przed tobą, cała magia nowoczesnej mobilności zaczyna pękać.
Bo doświadczenie użytkownika buduje się nie wtedy, kiedy wszystko działa. Buduje się wtedy, kiedy pojawia się problem. To dokładnie ten sam mechanizm, który znamy z innych branż.
Hotel może mieć piękne pokoje, ale jeśli recepcja każe ci czekać godzinę, po całym dniu podróży, zapamiętasz właśnie tę godzinę. I się wkurzysz nie na żarty…
Restauracja może mieć świetną kuchnię, ale jeśli kelner ignoruje klienta przez pół wieczoru, ocena będzie dotyczyć obsługi, a nie smaku jedzenia. I uwierzcie mi, że ta ocena nie będzie zbyt dobra.
Elektromobilność działa podobnie
Jedna zła sytuacja potrafi przykryć dziesięć pozytywnych doświadczeń.
Najbardziej interesujące jest to, że problem kolejek nie wynika wyłącznie z liczby samochodów elektrycznych.
To byłoby zbyt proste.
Liczy się lokalizacja, moc ładowania, sposób użytkowania pojazdów oraz moment, w którym kierowcy pojawiają się przy stacjach.
Widać to szczególnie podczas wakacji.
Normalnie stacja przy autostradzie może działać idealnie. Kilka samochodów na godzinę, płynny ruch, nikt nikomu nie przeszkadza.
Ale wystarczy długi weekend, początek wakacyjnego wyjazdu albo powrót z popularnego regionu turystycznego i nagle infrastruktura, która przez większość roku była wystarczająca, zaczyna być przeciążona.
To pokazuje bardzo ważną rzecz.
Elektromobilność nie potrzebuje tylko większej liczby ładowarek. Potrzebuje inteligentnie zaprojektowanej infrastruktury.
Europa jest dziś w bardzo ciekawym momencie
Z jednej strony rozwija się sieć szybkiego ładowania. Powstają ogromne huby, gdzie jednocześnie może ładować się wiele samochodów. Operatorzy inwestują w coraz mocniejsze urządzenia, a samochody coraz lepiej wykorzystują ich możliwości.
Z drugiej strony użytkownicy zaczynają oczekiwać poziomu wygody znanego ze świata samochodów spalinowych.
I tutaj pojawia się największe wyzwanie.
Kierowca benzynowego auta zatrzymuje się na kilka minut. Tankuje i jedzie dalej. Kierowca elektryka musi planować. A planowanie samo w sobie nie jest problemem.
Problem pojawia się wtedy, kiedy plan zostaje zniszczony. Bo ktoś wcześniej zajął ostatnią wolną ładowarkę. Bo aplikacja pokazała dostępne stanowisko, które w rzeczywistości było uszkodzone. Bo samochód przed nami ładuje się już czterdzieści minut a właściciel poszedł sobie nie wiadomo gdzie i nie wraca.
Byłem świadkiem, jak E-Tron stał 1,5 godziny blokując stację, jedyną w okolicy. Najpierw czekałem, potem na szczęście miła Pani z Peugeota, który się ładował odpięła go i pojechała. Co umożliwiło mi podpięcie się do stacji. Po pół godzinie ja też odjechałem, a wielkie i naładowane pod korek Audi dalej stało i blokowało jedno złącze CCS. Dobrze że stacja miała ich dwa. Bo inaczej byłoby prawdziwe nieszczęście w trasie.
To są drobne sytuacje, często pojedyncze, ale… właśnie z takich drobnych sytuacji buduje się opinia o całej technologii.
Przykład z daleka…
Chiny to rynek, który rozwija elektromobilność w ogromnym tempie. Tam problemem nie jest już przekonanie ludzi, że samochód elektryczny może być dobry.
Problemem staje się zarządzanie ogromną skalą.
Dlatego rozwijane są nie tylko klasyczne ładowarki, ale również rozwiązania takie jak wymiana baterii (battery Swap Stations), automatyzacja procesu czy bardzo duże centra ładowania.
Dlaczego?
Dlatego, że przy milionach użytkowników, każda minuta zaczyna mieć znaczenie. A w Chinach transport taki jak na przykład taxi, czy autobusy miejskie, to już w większości właśnie auta napędzane energią elektryczną. U nich postępuje to zdecydowanie szybciej, niż na przykład w naszej starej dobrej Europie. Choć my też się staramy, to tam dzieje się to w tempie iście błyskawicznym.
Dla operatorów infrastruktury ładowania to ogromna lekcja biznesowa
Ładowarka nie jest już tylko urządzeniem stojącym przy drodze. To punkt kontaktu marki z klientem. Można mieć najlepszy sprzęt, ale jeśli użytkownik kilka razy trafi na kolejkę, awarię albo chaos organizacyjny, zaczyna szukać alternatywy.
Dlatego przyszłość będzie należeć nie tylko do tych, którzy postawią najwięcej ładowarek.
Wygrają ci, którzy stworzą najlepsze doświadczenie, takie jak:
Dobra aplikacja.
Aktualne informacje o dostępności.
Łatwa płatność.
Rezerwacja stanowiska.
Integracja wielu sieci.
Przewidywanie obciążenia.
To wszystko będzie równie ważne jak sama moc ładowarki. I być może właśnie tutaj znajduje się największe wyzwanie elektromobilności. Aby to wszystko sensownie pospinać ze sobą i aby działo jak dobrze naoliwiona maszyna… jak mawiali kiedyś😉!