Jak złe oznakowanie zabija ruch na stacji ładowania: „Ludzie nawet nie wiedzą, że istniejesz”. To naprawdę duży problem, z którego czasami nie zdajemy sobie sprawy.
Są stacje ładowania, które kosztowały miliony złotych. Mają szybkie ładowarki, dobry przydział mocy, nowoczesne terminale płatnicze, aplikację, monitoring i wszystko, co według prezentacji PowerPoint powinno gwarantować sukces.
A potem stoją puste. To fakt, nie zmyślamy, zresztą operatorzy wiedzą, że mają u siebie takie ładowarki.
Stoją nie dlatego, że kierowcy samochodów elektrycznych ich nie potrzebują. Nie dlatego, że ceny są za wysokie. Czasem powód jest znacznie bardziej banalny.
Ludzie po prostu nie wiedzą, że ta stacja istnieje
Brzmi absurdalnie? A jednak wystarczy przejechać kilkaset kilometrów po Polsce, żeby zobaczyć ten problem na własne oczy.
W branży elektromobilności lubimy rozmawiać o mocy ładowania, czasie od 10 do 80 procent, nowych modelach aut czy kolejnych rekordach sprzedaży. Tymczasem jeden z najbardziej niedocenianych elementów całego biznesu znajduje się kilka metrów od drogi.
Albo raczej powinien się tam znajdować.
Mowa o oznakowaniu
To temat tak niepozorny, że wielu inwestorów zaczyna o nim myśleć dopiero wtedy, gdy ruch na stacji okazuje się znacznie niższy od oczekiwań.
Kierowca auta elektrycznego nie porusza się dziś po świecie, tak samo jak kierowca samochodu spalinowego. W teorii pomaga mu nawigacja, aplikacje operatorów i systemy pokładowe. W praktyce sytuacja wygląda inaczej.
Podczas długiej podróży większość decyzji podejmowana jest błyskawicznie.
Zjazd za kilometr.
Ładowanie za 20 kilometrów.
Bateria pokazuje 15 procent.
Pada deszcz.
Dzieci pytają, kiedy będzie postój.
I właśnie wtedy nie wygrywa zawsze najlepsza stacja.
Wygrywa ta, którą kierowca zauważy. Często w ostatniej chwili, przed zjazdem z autostrady.
To zjawisko od lat obserwują nie tylko operatorzy ładowarek. Doskonale znają je właściciele stacji paliw, restauracji przy drogach szybkiego ruchu czy sieci handlowych. Lokalizacja jest ważna. Widoczność bywa jeszcze ważniejsza.
Można postawić świetną stację 300 metrów od głównej trasy.
Jeżeli kierowca nie zobaczy informacji odpowiednio wcześnie, pojedzie dalej. Często nawet nie będzie wiedział, że właśnie minął punkt ładowania.
Paradoks polega na tym, że rozwój elektromobilności sprawia, iż problem staje się coraz większy.
Kilka lat temu użytkownicy EV byli pionierami. Planowali trasy szczegółowo. Studiowali mapy ładowarek. Sprawdzali aplikacje. Znali większość operatorów.
Dzisiaj rynek dojrzewa
W Europie liczba samochodów elektrycznych rośnie z roku na rok. W Chinach elektromobilność stała się codziennością dla milionów kierowców. W USA sieci ładowania, coraz częściej walczą nie o pierwszych entuzjastów technologii, lecz o zwykłych użytkowników.
A zwykły użytkownik zachowuje się jak zwykły klient.
Nie analizuje infrastruktury. Nie śledzi branżowych portali. Nie zna wszystkich operatorów. Po prostu chce naładować samochód. Tak jak kilka lat temu tankował samochód, zanim przeszedł na auto napędzane energią elektryczną.
Im bardziej masowy staje się rynek EV, tym bardziej znaczenia nabiera coś, co przez lata wydawało się detalem.
Widoczność
Widać to szczególnie przy obiektach handlowych. Zdarzają się centra handlowe, przy których działa kilka szybkich punktów ładowania, ale kierowca dowiaduje się o nich dopiero po wjechaniu na parking. Z perspektywy drogi nie ma żadnej informacji.
To trochę tak, jakby wybudować stację benzynową i schować ją za magazynem.
Nikt rozsądny nie zrobiłby czegoś takiego. W elektromobilności dzieje się to regularnie. Jeszcze ciekawsza jest kwestia psychologii kierowców.
Widoczna ładowarka, pełni funkcję znacznie większą niż samo dostarczanie energii.
Buduje zaufanie.
Pokazuje, że infrastruktura istnieje.
Zmniejsza obawy związane z podróżą.
Oswaja technologię.
Przez lata właśnie dlatego Tesla tak mocno eksponowała swoje lokalizacje przy głównych trasach. Nie chodziło wyłącznie o wygodę użytkowników. Chodziło również o sygnał wysyłany całemu rynkowi.
„Ładowanie jest tutaj.”
„Możesz podróżować.”
„Ta infrastruktura działa.”
Wiele nowych sieci nadal koncentruje się przede wszystkim na parametrach technicznych. To oczywiście ważne. Nikt nie chce czekać przy wolnej ładowarce.
Problem w tym, że kierowca najpierw musi ją znaleźć.
W rozmowach z użytkownikami EV regularnie powraca ten sam motyw. Niektóre stacje odkrywane są przypadkiem. Ktoś zauważył je podczas zakupów. Ktoś inny przeczytał o nich na forum. Jeszcze ktoś zobaczył zdjęcie w mediach społecznościowych.
To nie jest sposób, w jaki powinien działać biznes infrastrukturalny.
Jeżeli inwestycja kosztuje setki tysięcy lub miliony złotych, nie może liczyć wyłącznie na przypadek czy post na Facebooku.
Co ciekawe, oznakowanie staje się jeszcze ważniejsze wraz ze wzrostem mocy ładowania. Przy ładowarce 50 kW kierowca spędzał często kilkadziesiąt minut. Przy stacjach 200 czy 400 kW czas postoju znacząco się skraca. Rosną więc oczekiwania dotyczące wygody.
Użytkownik chce szybko zjechać, szybko znaleźć stanowisko i szybko wrócić na trasę. Każda dodatkowa minuta błądzenia po parkingu działa na niekorzyść operatora.
A przecież walka o klienta będzie coraz bardziej zacięta.
W wielu krajach Europy obserwujemy przejście od etapu „braku infrastruktury” do etapu „konkurencji infrastruktury”.
To ogromna różnica, bo jeszcze niedawno kierowca cieszył się, że znalazł jakąkolwiek ładowarkę. Dziś coraz częściej może wybierać pomiędzy kilkoma.
Można więc powiedzieć, że jedna z najważniejszych rzeczy w elektromobilności bywa zaskakująco tania.
Dobrze zaprojektowane oznakowanie nie zwiększy mocy przyłącza ani nie skróci czasu ładowania. Nie poprawi parametrów baterii.
Ale może sprawić, że kierowca w ogóle skręci na parking.
A bez tego nawet najlepsza ładowarka, pozostaje jedynie bardzo drogim urządzeniem stojącym gdzieś za rogiem.
Niewidocznym…
I dokładnie dlatego, tak wiele stacji przegrywa jeszcze zanim kierowca zdąży podjąć decyzję. Apel do operatorów. Jak najwięcej znaków. Nie koło stacji ładowania, ale 2 kilometry przed, potem kilometr, 500 metrów… tak aby klient – kierowca, zdążył zauważyć że stacja w ogóle istnieje. Bo jeden znak możemy przeoczyć ale trzech już na pewno nie.

Doskonale robią to Włosi na swoich autostradach. Chyba najlepiej. Nieźli są też Austriacy. Choć to Italia moim zdaniem w sposób idealnie namolny informuje swoich kierowcó poruszających się elektrykami o dostępnych stacjach ładowania na przykład przy autostradzie. Sieć FreetoX stawia oznakowanie dużo przed stacją. A potem kolejnymi 2-3 znakami przypomina nam o tym, że możemy spokojnie zajechać na Espresso, i w tym czasie doładować swoje auto.