Darmowe ładowanie przy sklepach. Genialny marketing czy kosztowny absurd?🤔
Jeszcze kilka lat temu darmowa ładowarka pod sklepem działała niemal jak magnes.
Wystarczyło postawić kilka stanowisk AC na parkingu centrum handlowego, marketu czy galerii i kierowcy elektryków pojawiali się niemal automatycznie. Dla wielu właścicieli obiektów była to forma nowoczesnej reklamy. Taki sygnał wysyłany klientom: „Jesteśmy nowocześni, ekologiczni i przyjaźni elektromobilności”.
Niestety czas mijał a darmowe ładowanie stało się dla niektórych sposobem na życie. Stacje stały obłożone od rana do nocy miejscowymi kierowcami, którzy korzystali z okazji i pobierali mnóstwo darmowej energii.
Kolejnym etapem były masowo pojawiające się Bolty, Ubery i inne tego typu usługi. Rozpoczęła się rywalizacja o dostęp do słupków i szybkich stacji. Sprytni i przebiegli liczyli kasę i wykłócali się o miejsce i czas dostępu do ładowarki a galerie i sklepy traciły pieniądze. Kierowcy „przejezdni” chcący się naładować na dalszą drogę, praktycznie stracili zupełnie dostęp, do obleganego darmowego prądu.
Nadszedł czas zmian a darmowe stacje zniknęły z naszego otoczenia, praktycznie zupełnie. Można powiedzieć, że patologia się skończyła, bo przecież nikt normalny nie rozdaje benzyny czy ropy za darmo! Tak jak to było w przypadku darmowej energii.
Rynek od tamtego czasu bardzo się zmienił.
Dziś samochodów elektrycznych jest wielokrotnie więcej niż jeszcze kilka lat temu. Energia kosztuje więcej. Kierowcy mają znacznie większy wybór stacji ładowania. A właściciele sklepów coraz częściej zadają sobie pytanie, które jeszcze niedawno wydawało się wręcz herezją:
Czy darmowe ładowanie nadal ma sens? Czy ma sens powrót do tego co było, w końcu nie tak dawno temu?
A może takie rozdawnictwo nie ma w ogóle dziś żadnego sensu i szkoda sobie tym zawracać głowę?
Kiedy darmowe ładowanie było strzałem w dziesiątkę
Początki elektromobilności wyglądały zupełnie inaczej niż dziś.
Samochodów elektrycznych było niewiele, a infrastruktura rozwijała się znacznie wolniej niż liczba nowych użytkowników. W wielu miejscach możliwość podłączenia auta podczas zakupów była realną przewagą konkurencyjną.
Klient jadący do galerii handlowej często wybierał właśnie ten obiekt, który oferował darmowe ładowanie. Nawet jeśli podczas godzinnych zakupów odzyskiwał zaledwie kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów zasięgu.
Liczyło się coś więcej niż sama energia.
Liczyło się doświadczenie.
Poczucie, że ktoś o niego zadbał.
To był marketing, który naprawdę działał.
Wielu operatorów nieruchomości doskonale o tym wiedziało.
Potem przyszła rzeczywistość
Z czasem pojawił się jednak problem, którego początkowo nikt nie przewidział.
Liczba samochodów elektrycznych zaczęła gwałtownie rosnąć.
Darmowe ładowarki, które miały przyciągać klientów, zaczęły być wykorzystywane przez osoby, które z zakupami nie miały często nic wspólnego. O czym mogliście przeczytać na początku naszego tekstu.
W wielu miastach pojawili się kierowcy traktujący parking sklepu jak darmową stację energetyczną.
Przyjeżdżali.
Podłączali samochód.
Czekali.
I odjeżdżali.
Nie zostawiając w sklepie ani złotówki.
Z perspektywy właściciela obiektu wyglądało to coraz mniej jak marketing, a coraz bardziej jak sponsorowanie czyichś rachunków za energię.
I właśnie wtedy wiele sieci handlowych zaczęło zmieniać strategię.
Europa już wyciąga wnioski
Wystarczy spojrzeć na zachodnie rynki.
Jeszcze kilka lat temu darmowe ładowanie było standardem w wielu lokalizacjach należących do dużych sieci handlowych. Kaufland, Lidl, czy inne duże markety dawały prąd za darmo.
Dziś coraz częściej spotykamy model częściowo płatny lub całkowicie komercyjny.
Nie dlatego, że firmy przestały wspierać elektromobilność. Powód jest znacznie bardziej prozaiczny.
Energia kosztuje. Infrastruktura kosztuje. Serwis kosztuje. Oprogramowanie kosztuje. A ładowarka, podobnie jak każdy inny element biznesu, musi w pewnym momencie zacząć na siebie zarabiać.
Zwłaszcza gdy liczba użytkowników rośnie z roku na rok.
Kierowcy też się zmienili
Ciekawa jest również ewolucja samych użytkowników samochodów elektrycznych.
Jeszcze niedawno darmowa ładowarka była czymś wyjątkowym.
Dzisiaj wielu kierowców bardziej ceni niezawodność niż darmową energię.
Jeżeli ktoś jedzie w trasę i ma do wyboru bezpłatną ładowarkę, która często jest zajęta lub nie działa idealnie, oraz płatną stację DC gwarantującą szybkie i przewidywalne ładowanie, wybór coraz częściej pada na tę drugą opcję.
Rynek dojrzewa. A wraz z nim dojrzewają oczekiwania klientów.
Darmowe ładowanie nadal może mieć sens
To jednak nie oznacza, że bezpłatna energia całkowicie straciła rację bytu. Wręcz przeciwnie. Pod warunkiem że jest elementem przemyślanej strategii.
Wyobraźmy sobie lokalne centrum handlowe, które oferuje pierwsze 30 minut ładowania za darmo dla klientów posiadających aplikację lojalnościową.
Albo supermarket, który umożliwia bezpłatne ładowanie po przekroczeniu określonej wartości zakupów.
W takim modelu energia staje się częścią programu marketingowego, a nie niekontrolowanym kosztem.
Wielokrotnie nocowaliśmy w Hotelu eduCARE w Austrii, gdzie zawsze ładujemy się za darmo. Ktoś powie, że przyjadą kierowcy z ulicy i naładują się za free. Ale to tak nie działa. Cztery Wallboxy są tylko do użytku hotelowych gości.
I to ma sens. Bo przyjeżdżając do hotelu i zostawiając kilkaset złotych za hotelowy pokój, idąc wreszcie na wybornego Wiener Schnitzla i zostawiając kolejne 60 euro za posiłek, nagle okazuje się, że ładowanie za darmo naszego auta nie obciąży aż tak hotelowego budżetu.

Ale za to, że mamy do dyspozycji darmową energię musieliśmy wcześniej wydać sporo grosza. Czy nam to pasuje? Oczywiście, bo to super wygodne i choć hotel do najtańszych nie należy, to dla nas jest super miejscem. Wygodnym, bezpiecznym, z dużym monitorowanym parkingiem, niedaleko autostrady. Z darmowym ładowaniem i wyborną austriacką kuchnią.
To wszystko razem składa się na podjęcie przez nas decyzji o pobycie właśnie w tym obiekcie a nie innym. A darmowe ładowanie – uwierzcie mi – tylko pomaga nam w tej decyzji. W końcu i tak musimy spać i jeść. I tak musimy wydać pieniądze na nocleg. A w eduCARE mamy dodatkowo naładowaną Teslę, na kolejne poranne 400 km jazdy po austriackich autostradach. Czyż to nie miłe połączenie tego co musisz, z tym co dostajesz dodatkowo i to zupełnie za darmo?

Hotel traktuje darmowe ładowanie, jak lep na EV kierowców. I to działa. W końcu byliśmy tam już cztery czy nawet pięć razy😉.
A co z szybkimi ładowarkami?
Tutaj sprawa wydaje się jeszcze prostsza.
W przypadku stacji DC o mocach 100, 150 czy 300 kW całkowicie darmowe ładowanie, staje się coraz trudniejsze do uzasadnienia ekonomicznie.
Koszt budowy takiej infrastruktury liczony jest często w setkach tysięcy złotych, a czasem nawet w milionach.
Do tego dochodzą opłaty za moc przyłączeniową, serwis, systemy płatności oraz bieżące utrzymanie.
Dlatego na rynku coraz częściej wygrywa model mieszany.
Ładowarka zarabia na sprzedaży energii, a sklep lub centrum handlowe korzysta z dodatkowego ruchu klientów generowanego przez obecność stacji.
I wygląda na to, że właśnie w tym kierunku będzie rozwijał się rynek. Choć u nas w Polsce miejsca handlowe coraz częściej pobierają już pełną opłatę za ładowanie. Nawet ostatnie ostoje darmowego DC a mowa o sieci Kaufland, zrezygnowały z rozdawnictwa i wprowadziły opłaty w normalnej rynkowej wysokości (2,50 zł za 1 kWh).
No więc marketing czy absurd?
Prawda jak zwykle leży gdzieś pośrodku.
Darmowe ładowanie nie jest absurdem. Ale nie jest też cudownym rozwiązaniem na wszystko.
W pierwszych latach rozwoju elektromobilności, było skutecznym narzędziem budowania przewagi konkurencyjnej. Dzisiaj staje się elementem znacznie bardziej złożonej układanki.
Klienci oczekują wygody.
Operatorzy oczekują rentowności.
A właściciele sklepów chcą, aby inwestycja w infrastrukturę rzeczywiście przekładała się na wzrost sprzedaży.
I właśnie dlatego przyszłość prawdopodobnie nie należy ani do całkowicie darmowego ładowania, ani do bezwzględnego pobierania opłat od pierwszej sekundy.
Największe szanse mają ci, którzy potrafią połączyć jedno z drugim. Bo w elektromobilności, podobnie jak w handlu, najcenniejsza nie jest sama energia.
Najcenniejszy jest klient. To jak go przyciągnąć, to jak go zatrzymać nieco dłużej. Przyszłość pokaże, jaki model sprawdzi się najlepiej w naszych europejskich no i polskich warunkach gospodarczych.